Piotr Porębski: Praca w klubie to ciągłe gaszenie pożarów. Żyję z dnia na dzień i marzę o Ekstraklasie z Podbeskidziem

Praca rzecznika prasowego w klubie piłkarskim to nie tylko oficjalne komunikaty i wywiady. To wielozadaniowość, dyspozycyjność 24/7 i spory ładunek emocjonalny – szczególnie gdy pracuje się dla klubu ze swojego rodzinnego miasta. O kulisach dnia meczowego, znoszeniu krytyki po serii remisów i dojrzałości współczesnych piłkarzy rozmawiamy z Piotrem Porębskim, rzecznikiem prasowym Podbeskidzia Bielsko-Biała.

fot. Szymon Jaszczurowski/tspodbeskidzie.pl

Krzysztof Kwaśny: Czym różniła się praca w Sosnowcu od tego, co zastałeś w Bielsku-Białej? Jaka jest główna różnica w funkcjonowaniu obu tych klubów z Twojej perspektywy?

Piotr Porębski: O pracy w Zagłębiu Sosnowiec nie mogę powiedzieć złego słowa – gdyby nie zdobyte tam doświadczenie, pewnie nie trafiłbym do Podbeskidzia. Najważniejsze dla mnie jest to, że jestem bielszczaninem i kibicem Podbeskidzia. Podjęcie decyzji o przejściu do tego klubu było bardzo łatwe, a same rozmowy przebiegły błyskawicznie.

Główna różnica polega na tym, że na miejscu mam całą rodzinę, a klub znam od podszewki. Do meczów Podbeskidzia podchodzę znacznie bardziej emocjonalnie – łączę rolę pracownika z perspektywą kibica. Jeśli chodzi o samo podejście do wykonywania obowiązków, to w obu miejscach praca była dla mnie przyjemnością, mimo naturalnych wzlotów i upadków.

Czy na samym początku pracy w Bielsku-Białej trafiłeś na jakieś wyjątkowo trudne wyzwanie?

Tak, dosłownie dwa tygodnie po moim przyjściu do klubu. Podjęto wtedy decyzję o rezygnacji z prowadzenia sekcji Amp Futbolu – Kuloodpornych Bielsko-Biała. Krok ten wywołał sporo kontrowersji i był szeroko komentowany nie tylko w lokalnych, ale i w ogólnopolskich mediach. Jako rzecznik i nowa twarz klubu musiałem tłumaczyć tę decyzję m.in. w TVP, Polsacie czy stacjach radiowych.

W skali roku koszty utrzymania sekcji nie były ogromne, ale klub znajdował się wówczas w trudniejszej sytuacji finansowej niż obecnie i dalsze jej finansowanie na tamtym etapie było po prostu niemożliwe. Względy społeczne sprawiały, że moralnie była to bardzo trudna i dyskutowana decyzja. Sekcja jednak nie upadła – przeszła pod skrzydła Rekordu Bielsko-Biała i tam funkcjonuje do dziś. Niemniej dla mnie był to chrzest bojowy: wszedłem do klubu z marszu i od razu musiałem gasić spory pożar.

Standardowy etat to 8 godzin dziennie od poniedziałku do piątku. Domyślam się, że rola rzecznika prasowego w klubie piłkarskim wymyka się tym ramom?

Zdecydowanie. Nasz harmonogram jest w pełni podporządkowany terminarzowi spotkań. Wolny weekend zdarza się właściwie tylko w przerwach między rozgrywkami, o ile nie gramy akurat meczów kontrolnych. To nie jest praca od 8:00 do 16:00. Bywają dni o charakterze typowo eventowym, kiedy zostajemy w biurze do 18:00 czy 19:00 i trzeba zrobić wszystko do końca, a bywają też spokojniejsze momenty.

Weekendowe mecze – planowane przez telewizję czy PZPN od piątku do poniedziałku – determinują cały tydzień. Co prawda po meczu można odebrać dzień wolny, ale i tak trzeba stale pozostawać pod telefonem czy laptopem. Klasyczny urlop trafia się rzadko, bo środowisko sportowe jest niezwykle dynamiczne i nie znasz dnia ani godziny. Trzeba to po prostu lubić. Ja się do tego trybu bardzo przyzwyczaiłem i gdybym miał zmienić branżę, na pewno brakowałoby mi tej weekendowej adrenaliny.

Jak wyglądają kuluary dnia meczowego z Twojej strony? Różnica między meczem u siebie a wyjazdem jest pewnie spora?

U siebie roboty jest nieporównywalnie więcej. Niedawno graliśmy domowy mecz z Unią Skierniewice. Połączyliśmy go z piknikiem rodzinnym i wyliczyłem, że zrobiłem wtedy na stadionie 22 tysiące kroków! Praca w klubie bywa mocno multizadaniowa. Sam zakres obowiązków z umowy to ułamek tego, co robi się w dniu meczu. Zdarza się nosić stoły i stawiać namioty dla akademii, dbać o branding stadionowy, a ostatnio pomagałem kierownikowi wyklejać szafki w szatni, żeby trochę ją odświeżyć.

Do moich stałych zadań należy przygotowanie strefy pracy mediów i sali konferencyjnej, wydawanie akredytacji, obsługa social mediów oraz koordynacja pracy telewizji – w tym udostępnienie pomieszczeń dla systemu VAR. Przed samym meczem drukuję i roznoszę składy do sędziów, spikera i realizatorów, w trakcie spotkania prowadzę relację na żywo, a po gwizdku organizuję konferencję prasową i sprzątam strefę mediów, zbierając chociażby znaczniki od fotografów.

Wyjazdy to zupełnie inna bajka – często śmieję się, że to dla mnie miły przerywnik. Jeśli wyjazd nie wymaga noclegu, przyjeżdżamy na obiekt przeciwnika około dwóch godzin przed meczem. Opublikowanie składu, obsługa relacji live na social mediach, pomeczowa konferencja i ewentualne wywiady – zakres obowiązków jest znacznie mniejszy. Jest czas na small talk ze znajomymi z innych klubów czy okazja do pracy na takich obiektach jak Stadion Śląski.


fot. Szymon Jaszczurowski/tspodbeskidzie.pl

Jak układa się współpraca ze sztabem trenerskim i samymi piłkarzami? Trzeba ich namawiać do wywiadów i akcji marketingowych?

REKLAMA

Wszystko zawsze konsultuję ze sztabem szkoleniowym. Bardzo cenię sobie współpracę z trenerem Marcinem Włodarskim, który jest otwartą osobą i rozumie potrzeby medialne. Zawsze udaje nam się znaleźć odpowiedni termin na wyjścia do szkół czy sesje zdjęciowe. Oczywiście istnieją granice – gdy na treningu zaczynają się szlify taktyczne, obecność kamer się kończy, co jest zupełnie zrozumiałe.

Jeśli chodzi o piłkarzy, na przestrzeni lat zaszła ogromna zmiana. Dekadę temu zawodnicy często nie widzieli sensu w takich działaniach. Dziś, w erze mediów społecznościowych, wiedzą, jak ważne jest budowanie własnego wizerunku. Oczywiście jedni są bardziej ekstrawertyczni i wygadani, inni nieco mniej, ale nikt nie odmawia udziału. Rozumieją też, że promowanie klubu to ich obowiązek kontraktowy.

Jako rzecznik jesteś na pierwszej linii frontu. Czy zdarza się, że krytyka za słabsze wyniki zespołu trafia bezpośrednio w Ciebie?

Osobiście tego do siebie nie biorę, ale to prawda – dział mediów klubowych jest zderzakiem na linii klub–kibice. Moderujemy komentarze po porażkach, a prywatnie znam wielu kibiców Podbeskidzia. Zdarza się, że dostaję wiadomości prywatne albo rozmawiam z ludźmi na stadionie. Nie są to łatwe rozmowy, ale są bardzo konstruktywne. Jeśli zagraliśmy słaby mecz, nie ma sensu czarować rzeczywistości – trzeba po prostu przyjąć krytykę na klatę i dbać o to, by pomeczowy przekaz nie podsycał niepotrzebnie negatywnych emocji.

Mamy w Bielsku-Białej dojrzałą i zwartą społeczność. Kibice mają swoje wymagania, ale ich reakcje opierają się na merytorycznej krytyce, a nie na bezmyślnym hejcie.

Zapytam o słynną serię remisów. Jak od strony komunikacyjnej podchodzi się do sytuacji, gdy zespół staje się „królem remisów”?

Przede wszystkim remis remisowi nierówny. Wywalczenie punktu na Stadionie Śląskim z Ruchem Chorzów, gdzie trzykrotnie odrabialiśmy straty, miało zupełnie inny ciężar gatunkowy niż bezbarwny remis u siebie z Unią Skierniewice.

W dzisiejszych social mediach kluczowy jest dystans. Gdybyśmy zamknęli się w oblężonej twierdzy i obrażali na memy czy komentarze, nie wyszłoby to dobrze. Przy trzecim czy czwartym remisie sami podchodziliśmy do tego żartobliwie, bo ta statystyka była wręcz abstrakcyjna. Mam 28 lat, w piłce pracuję od pięciu i nigdy czegoś takiego w żadnej europejskiej lidze nie widziałem! Jednak przy siódmym czy ósmym remisie w szatni i w klubie pojawia się już naturalna sportowa frustracja. Bardzo chcemy tę serię przełamać i zdobyć w końcu komplet punktów.

Jak duży jest przeskok organizacyjny i medialny między 2. Ligą a Betclic 1. Ligą?

Przeskok jest ogromny i odczuwalny na każdym kroku. Przede wszystkim wzrosło zainteresowanie mediów – zarówno lokalnych, jak i ogólnopolskich. Widać też reakcję kibiców: w 2. Lidze na trybunach bywało po 1500 osób, a teraz regularnie przekraczamy granicę 3000 widzów. Moda na Podbeskidzie wraca.

Sama Betclic 1. Liga stoi na bardzo wysokim poziomie marketingowym i medialnym. Współpraca z władzami ligi układa się świetnie, oprawa meczów i liczba wspólnych projektów są nieporównywalnie większe.


fot. Szymon Jaszczurowski/tspodbeskidzie.pl

A co z przeciekami transferowymi? Gdy w mediach pojawia się informacja o potencjalnym wzmocnieniu przed oficjalnym ogłoszeniem – to dla rzecznika powód do irytacji czy duma, że o klubie jest głośno?

To nieunikniony element współczesnego dziennikarstwa. Jako klub staramy się zachować maksymalną szczelność do momentu podpisania kontraktu, ale wiemy, jak działa ten rynek. Dziennikarze szukają informacji, żyją z tego, a w erze popularności Fabrizio Romano każdy chce podać newsa jako pierwszy.

Czy to denerwuje? W idealnym świecie to klub zawsze podaje informację jako pierwszy, więc drobny niesmak bywa. Z drugiej strony – to łechce ego i pokazuje wzrost zainteresowania klubem. Kiedy wypożyczyliśmy Michała Rakoczego, pisały o tym największe portale w Polsce: Meczyki, Kanał Sportowy czy Weszło. Sam pracowałem kiedyś jako dziennikarz i wiem, że mając w ręku gorący temat, po prostu chcesz się nim podzielić. Dziś całkowite zachowanie transferu w tajemnicy jest niemal niemożliwe.

Zdarzyło Ci się kiedyś narzucić zawodnikowi zakaz wypowiadania się na jakiś konkretny temat?

Nie, nigdy nie miałem takiej sytuacji. Mamy bardzo profesjonalną grupę dziennikarzy, z którymi współpraca układa się wzorowo. Nie spotkałem się z pytaniami, które wymagałyby potem twardej, zapobiegawczej autoryzacji czy „kneblowania” zawodników. Życzę sobie, żeby tak zostało.

Na koniec: jakie są Twoje zawodowe marzenia? Kiedy patrzysz w przyszłość za 5 czy 10 lat, widzisz siebie w konkretnym miejscu?

Życzeniowo – chciałbym awansować z Podbeskidziem do Ekstraklasy! To byłoby spełnienie moich dziecięcych marzeń, bo pamiętam mecze Podbeskidzia w elicie jeszcze ze starego stadionu.

Staram się jednak żyć z dnia na dzień i nie wybiegać zbyt daleko w przyszłość. Piłka nożna bywa niesamowicie przewrotna. Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, w jakim miejscu będziemy dzisiaj, trudno byłoby mi w to uwierzyć. Futbol wymaga cierpliwości i pokory – dwie wygrane z rzędu wyciągają cię w górę tabeli, a trzy porażki spychają do strefy spadkowej.

Za 5 czy 10 lat chcę po prostu być szczęśliwym człowiekiem, robić to, co kocham i czerpać z pracy w sporcie dokładnie taką samą satysfakcję i pasję, jak obecnie.

Dziękuję za rozmowę.

Dzięki wielkie!

Krzysztof

Krzysztof Kwaśny

W świecie sportu odnajduję inspirację i nieustannie poszukuję nowych historii do opowiedzenia. Jako dziennikarz sportowy, z równym zamiłowaniem relacjonuję zmagania piłkarzy, tenisistów czy koszykarzy. Moja pasja pozwala mi tworzyć różnorodne materiały – od błyskawicznych newsów, przez wnikliwe felietony, po szczere wywiady i emocjonujące relacje. Współpracowałem z takimi redakcjami jak: Polsat Sport, To jest boks, Infosport i Łączynaspasja.

Ciekawostki

Piłka Nożna
Zobacz wszystkie ciekawostki